Powrót tajemniczego blondyna w czarnej kominiarce

Ja to gotować lubię, dzięki gotowaniu i piciu tak wyglądam jak wyglądam chłe chłe, bowiem prawo zachowania masy w przyrodzie jest na moim przykładzie udowodnione w sposób, można powiedzieć, brutalny. W związku z tym w czasie kiedy nie siedzę przy komputerze celem oplucia kogokolwiek, lub znalezienia kolejnego frajera któremu mogę się podlizać żeby zajumać mu coś na mój opiniotwórczy blog, w związku z czym mam blog nic nie robiąc chłe chłe, oglądam telenowele maści wszelakiej przeplatając je programami o gotowaniu.

Moim ulubionym mistrzem gotowania jest mistrz Walencjusz, którego kocie ruchy podczas przyrządzania potraw maści wszelakiej zwabiają tęskne oczęta niejednego garotłuka płci obojga jak mniemam. Walencjusz ma lekki makijaż, włosy postawione na żel i mówi takim miękkim delikatnym głosem. Poruszając się po kuchni w swoim czerwonym fartuszki w kwiatki ponętnie kręci chudziutkim kuperkiem wywijając ósemeczki. Zresztą co do tych ósemeczek to powstaje wiele wątpliwości bo takie jedno postępowe pismo dla panów (Rozkrok w Skłonie Podpartym) ogłosiło konkurs na ósemeczkę roku. I właśnie głosami czytelników wygrał Walencjusz. Ale nominowany był też Sylwio – tancerz na rurze z nocnego klubu dla panów i on z Walencjuszem przegrał, podobno o mały włosek. I Sylwio zaskarżył gazetę o to, że z Walencjuszem to oszustwo było bo on jak ósemki kręci to porusza się po kuchni, a więc w zasadzie nie kwalifikuje się, bo to nie są ósemki tylko takie całe wstęgi Mobiusa, chłe chłe. Za to on Sylwio jak przy rurce stanie i kręci to na prawdę ósemki są prawdziwe. Sprawa jest w toku niemniej jak widzicie Walencjusz jest obiektem nie tylko uwielbienia ale i brutalnych ataków.

No i w ostatnim programie Walencjusz powiedział coś co dało mi do myślenia i wprawił mnie tym w głębokie zadumanie i stan permanentnego niepokoju. Otóż on powiedział, że prawdziwy kucharz umie w kuchni zrobić wszystko nawet wodę przypalić jak trzeba.

Dotychczas spełniałam wszelkie przenośnie mojego mistrza, kiedy na ten przykład mówił że prawdziwy kucharz używa tylko pietruszki wyhodowanej na nawozie naturalnym, natychmiast uruchomiłam na parapecie produkcję naci nawożąc je odpowiednio codziennie własnym produktem. To samozaparcia ode mnie wymagało ogromnego ale jakoś szło, bo trafić do takiej małej doniczki łatwo nie jest, zwłaszcza jak na parapecie stoi. Kiedy indziej znowu powiedział że prawdziwa cebula musi być mała i brzydka i ogólnie z niższej półki, to pobiegłam do warzywniaka pana Wiesia który akuratnio sprzedaje w piwnicy bo nie ma pozwolenia i boi się kontroli, i dał mi taką najgorszą z dna wora. I tak dalej i tak dalej. Ale wodę żeby przypalić?

No ale Walencjusz to geniusz i jak on rozkazał, podając przy tym warunki oszacowania doskonałego kucharza, za którego się uważam, to od razu wzięłam się do dzieła. Coś mi co prawda nie grało ale podejrzewałam mistrza o jakiś trik. Wzięłam czajnik na prąd, wstawiłam ale wygotowało się wszystko a czajnik się wyłączył i nic. Nic się nie przypaliła woda. No to gar ogromny sto litrów od bimberku wzięłam, bo pomyślałam że to kwestia gabarytowej natury. Wody nalałam i godzinę się wygotowywała. W domu zaczęło robić się parno, jakby mgła się unosiła. Garnek się przypalił ale woda nic. W końcu wpadłam na genialny pomysł. Woda się nie przypala bo się zamienia w mgłę, więc trzeba zamknąć ją od góry żeby nie dała rady się ulotnić, wtedy dojdzie do wrzenia i się przypali chłe chłe. Cwany ten Walencjusz, no no. Mam szybkowar, swego czasu jak destylowałam w skali mikro używałam go do konstrukcji chłodnicy pomysłu mojego najlepszego przyjaciela Walusia. Żeby porządnie się podjarało nalałam wody, zamknęłam na śruby pokrywę i wstawiłam do piekarnika. I dawaj termoobieg na maksa to jest 280 stopni. Jak mówię w domu mgła się unosiła i słabo widziałam, ale światełko piekarnika dawało się zauważyć. I słyszałam szum termoobiegu. Przypalę jak nic i wtedy napisze list do Walencjusza a on powie o mnie w swoim programie i będę w pantełonie najlepszych kucharek tego kraju, na samym jego czubie jak pika na choince, chłe chłe.

I kiedy tak siedziałam w tej mgle opijając swój przyszły sukces usłyszałam jakieś kroki, ba nawet jakieś kontury postaci koło wejścia. Wstałam i spojrzałam a tam człowiek w kominiarce. Posturą przypominał mi tajemniczego blondyna co to o nim już pisałam raz na moim opiniotwórczym blogu. Kanalia ta nie dość, że złamała mi serce to co ważniejsze ukradła cały mój zapas bimberku i jeszcze kominiarki do fermentacji.

Już ja ci pokaże i cię pokarzę, pomyślałam chwytając w rękę kij bejzbolowy który dostałam od mojego przyjaciela Kulawego Genka na wypadek ataku jakiś psychofanów, bo mam takich pełno w końcu jestem bardzo rozpoznawalna w internecie a mój opiniotwórczy blog inspiruje, edukuje i naprawia świat – i wszystko na raz. Nawet wielcy czerpią z niego całymi garściami. I tak jak podszedł na bezpieczną odległość to znaczy na bezpieczną do oddania ciosu a niebezpieczną dla mnie to zdzieliłam go na odlew. A kopyto to ja mam – przypomnę tylko że byłam mistrzynią w rzucie młotem reprezentacji zawodówki którą ukończyłam. Co zresztą do dziś wykorzystuje na ten przykład podczas zabijania karpi. U mnie nie ma pieszczot wanienek i eko zabijania. Kładę ja takiego na desce i przez łeb z piąchy. Czasem jak przesadzę to jest karp bryzgany, na sałatkę akuratnio chłe chłe, ale czuja tracę jak jestem trzeźwa a to bardzo rzadka sytuacja. W zasadzie nie pamiętam takiej. No i jak mu zdzieliłam to on osunął się i zaległ na podłodze przy samym piekarniku gdzie kończyła się przypalać woda. I podeszłam żeby obnażyć jego tożsamość i w chwili kiedy schylałam się żeby ściągnąć jego kominiarkę jak nie walnęło, aż mnie odrzuciło na ścianę. Wybuchła kuchenka – szybkowar nie dał rady. Cała woda chlusnęła na tajemniczego blondyna a podmuch żaru z kuchenki wtopił syntetyczną kominiarkę w jego twarz…

Kiedy się ocknęłam w szpitalu okazało się że mam tylko lekki wstrząs mózgu. Natychmiast spytałam o tajemniczego blondyna, ale okazało się że człowiek ten nie posiadał żadnych dokumentów i kiedy się ocknął wyskoczył z jadącej karetki pogotowia po czym uciekł.

A to stan mojej kuchni – jak widać na podłodze i ścianach wodę udało się jednak przypalić, zdjęcie wysłałam mistrzowi Walencjuszowi (nic nie zmieniałam).

A morał z tej historii jest następujący: Czasem wiele tracimy aby być najlepszymi, ale jak widzicie na podanym przykładzie wytrwałą walką o byt można osiągnąć cel, czego i wam życzę chłe chłe.

Poczwórne Andrzejki z zakrzywieniem przestrzeni koło wychodka

Kończy się dzien gul gul gul…

Bul bul bul bul co? Jakie bul bul cholera, otwieram oko, tak miło się zasypiało waląc dobranockową ćwiarteczkę bimberku przy piosence Żwirka i Muchomorka – akuratnio jołtjubisia urody wszelakiej odnalazłam i nagle bul bul mnie budzi. Jakie bul bul no coś ewidentnie bulgocze. Czasem tak mi bulgocze w brzuchu ale to jak się opiję ale w nocy nic a nie piłam poza ćwiarteczką rzeczoną oczywiście. Nie to nie brzuch, wiem mam! Pewnie sąsiedzi zapomnieli odpowietrzyć kaloryfer i im bulgocze chłe chłe, nie będą barany miały ciepełka o nie, bo ja na odpowietrzanie o tej porze roku się nie zgodzę jak i o każdej innej, bo ja sąsiadów swoich nienawidzę. Co jakiś czas piszę im „Nienawidzę was” gwoździem po samochodach, a co nie wolno? Ja samochodu nie mam to mi nikt nie porysze karoserii chłe chłe. Za to uszy to jak umyte to mam takie że ściągają jak kamertony – ale to nie rury jednakowoż. To wyraźnie bulgocze z łazienki. Możliwe że mój kot Felek bierze kąpiel w sedesie bo pewnie nawalił się tą nakrętką bimberku co to mu wczoraj dałam wyciurkać chłe chłe. Trzeba iść i pofilować bo gotów się utopić . Raz to już mi się podtopił, sąsiad z góry jakoś dużo spuścił i wciągnęło go – zassało – ledwom biedaka wyciągnęła z tego sedesowego tornado. Przeżył ale co się później nawąchałam to moje. Myślałam że nie wytrzymam to go w końcu na balkonie rozwiesiłam na lince. Lato było akuratnio to zbytnio nie zmarzł, przyczepiłem go za uszy na klamerki i jakoś dał radę. Ale ja nie o tym – bulgot był i to nie Felek ale z sedesu rzeczywiście. Patrzę a tam wywaliło znowu…. Smród nie z tej ziemi, żeby to jakoś znieść setę na pusty żołądek walnęłam to mnie lekko znieczuliło. Wzięłam ścierę i zaczynam sprzątać a tu niespodzianka. Butelka z zielonego szkła i zamknięta na korek. Zmazałam to co na wierzchu było chłe chłe i patrzę pod światło a tam kartka w środku. No to korek wyciągnęłam, nie miałam czym to zębami bo i tak już nieźle znieczulona byłam więc mnie wszystko jedno było i patrzę a na kartce jakaś wiadomość:

Droga Amelio Pustak, nasz Pustaczku kochany;

Jak zapewne wiesz liczba twoich wielbicieli w internecie rośnie. Co większe ćwoki tylko obciach ci robią bo poświęcają ci całe jednozdaniowe notki chłe chłe, wielbią naśladują i publikują nawet twoje nieznane zdjęcia. Ja i moi przyjaciele postanowiliśmy wykazać swoje uwielbienie bardziej cieleśnie i zaprosić cię do nas i odmówić nie możesz bo to poczwórna uroczystość jest. Mianowicie ja Andrzej Andrzejewski z Andrzejowa w województwie lubelskim obchodzę w dzień Andrzejek swoje imieniny. Mało tego dnia tego chłe chłe są również moje urodziny, a że jestem z Andrzejowa to imieniny mamy w zasadzie wszyscy. Jako że twój blog jest najbardziej opiniotwórczym miejscem w całej cyberprzestrzeni i to dzięki tobie nauczyliśmy się osiągać apogeum durnoty i pędzić zaciery w zasadzie ze wszystkiego, oraz to ty nauczyłaś nas jak nicnierobiąć i niecniumiejąc można być sławnym, pięknym, bogatym, poczytnym i takie tam, postanowiliśmy ten dzień spędzić z tobą. List ten wysyłamy kanałem tajnym dyplomatycznym, wykorzystując tunel grawitacyjny powstały w wyniku zakrzywienia czasoprzestrzeni obserwowany w wychodku za rogiem stodoły w której się zwykle spotykamy i urządzamy nasze kruparty. Jeśli zgadzasz się aby jutro rano w Andrzejki wysłać do ciebie naszą limuzynę by zabrała cię do świata zabawy – podkreślamy tylko na nasz koszt, daj nam tym samym kanałem ale drogą zwrotną rzecz jasna, trzy szybkie sygnały spłuczką i jeden długi spuszczając litr bimberku własnej produkcji dokładnie w samo południe. Nie zmarnuje się obiecujemy bo go przechwycimy i będzie to twój wkład w naszą imprezę bo bez twojej produkcji nie wyobrażamy sobie udanego krupaty. Impreza w stodole z wieloma atrakcjami w tym lanie wosku i inne andrzejkowe zabawy. Będziemy pić do rana albo i dzień dłużej, nie odmawiaj – klub zauroczonych Pustakiem z Andrzejowa w województwie lubelskim.

Zatkało mnie, wiedziałam ze jestem popularna bo ja do wielbienia stworzona jestem w każdej postaci więc to nie dziwota, ale zatkało mnie że nawet limuzynę są dla mnie w stanie posłać. Przygotowałam litr najlepszego bimberku co to upędziłam ostatnio z liści topoli (one najlepsze są do tego) i punkt 12:00 wlałam do sedesu, spłukując zgodnie z szyfrem. I czekałam. Andrzejki już jutro. W nocy jakoś z ekscytacji nie mogłam zasnąć tym bardziej że lekko zaszkodził mi mój najnowszy wynalazek – banan w spirytusie może dlatego że zjadłam też skórkę ale była tak nasiąknięta że żal było wyrzucić. Rano usłyszałam jak ktoś woła pod oknem: Ameeeeeliooooo! Ameeeeeliooooo! Otworzyłam okno i powiedziałam że lecę i szybko ubrałam się i zbiegłam. Płaszcza w zasadzie nie brałam bo w limuzynie pewnie klimatyzacja będzie ale za to wzięłam na drogę piersióweczkę. Jakże zdziwiona byłam kiedy pod blokiem zobaczyłam …. furmankę. Dacie wiarę? Furmanka koń i dwóch chłopa, z czego jeden nawet niczego sobie i witają mnie setką spirytusu własnej produkcji. To z huby leśnej – nasz własny patent. No wiec głupio było odmówić i podróż jakoś zleciała choć bez picia na rozgrzewkę się nie obeszło.
Na miejscu powitali mnie czym ziemia bogata i rada, ogórki kiszone na zakąskę chłe chłe. Sam Andrzej Andrzejewski zaprosił mnie do stodoły gdzie na klepisku zaczęła się impreza. Przygrywał nam miejscowy nuktiinstrumentalista pan Janko który do perfekcji opanował grę na kilku instrumentach jednocześnie lub z małymi przerwami. Zwykle było to banjo i harmonijka ustna, ale z łatwością przerzucał się na bałałajkę, a nawet miał mały keyboard zasilany akumulatorem z traktora. Im dłużej zresztą tym mniej pamiętam bo piliśmy ile wlezie i co siędało. W końcu przyszedł czas na andrzejkowe zabawy. Lanie wosku do miski przez klucz – wiecie co mi wyszło – jakaś okrągła biała kula którą miejscowy stawiacz tarota i wróżbita pan Wiesio zinterpretował jako główka czosnku a może nawet cebuli.
Później była wróżba z jabłkiem co polega na tym, aby tak obrać jabłko, by powstała jak najdłuższa obierzyna. Potem należy zamknąć oczy, myśleć o miłości i przez lewe ramię rzucić za siebie skórką. Kształt jaki ona przybierze, wskazuje na literę, od której będzie zaczynać się imię przyszłego wybrańca serca. To wyszło mi bardzo dobrze bo ja zęby te siekacze jeszcze mam i nawet dość długie i ostre od otwierania piwa o kapsle mi się tak wyszlifowały, to jak obrałam i rzuciłam to centralnie trafiłam pana Wiesia w czoło. Komisyjnie nam wyszło że widać kilka liter jakie na czole pana Wiesia przybrała obierzyna z których pierwsza to D a ostatnia A. No i liter są cztery. Do teraz zachodzę w głowę jak na imię będzie miał mój wybranek chłe chłe bo chyba nie DANA, choć to by znaczyło że płeć niedługo zmienię a może nawet orientację.No gorzej jak obie rzeczy na raz chłe chłe.
Przyszła kolej na wróżbę z butami i tu dobrze się złożyło bo ta wróżba dotyczy tylko niezamężnych panien, chłe chłe. Zdecydowali że to moje buty będą – i chociaż ich ostrzegałam poszli w zaparte. Zdjęłam… Jak buchnęło to Andrzeja odrzuciło i aż łzawił i postanowili jednakowoż te zabawę odpuścić kosztem magicznego płomienia. Trzeba pomyśleć sobie życzenie i zapalić dwie zapałki. Trzymać je płonącymi łebkami do góry. Jeżeli zapałki będą palić się ku sobie, życzenie się spełni w ciągu roku, a jeśli nie – będzie trzeba dłużej poczekać na jego realizację. I wszystko szło dobrze tylko zapałka spadła i zafajczyła się stodoła… Jakieś duszące dymy szły wszyscy zaczęli kaszleć i zwiewać a mnie zachciało się akuratnio więc szybko do wychodka za róg stodoły. I już miałam usiąść a tu jak mnie nie wciągnęło jak nie zachlupało, dobrze że zdążyłam powietrza przedtem zaciągnąć bo zawirowało mi wszystko przed oczami, które musiałam zamknąć bo jakaś żółta woda nagle była wszędzie. I leciałam leciałam leciałam, najpierw w dół później do góry. I jak już byłam bardzo wysoko to poczułam że walę głową o coś twardego jakby plastik. I nagle znalazłam się w swoim sedesie…. Wystawałam szyją i głową z niego a reszta ciała była jakby zmniejszona, tak że mieściłam się w rurze kanalizacyjnej. I wtedy zobaczyłam że do łazienki wchodzi Felek. Feluś Feluś pomóż mi jakoś krzyknęłam. A on podskoczył do spłuczki i łapiąc ją w powietrzu spuścił wodę. I jeszcze jak leciała szyderczo popchnął klapę tak że dostałam centralnie w głowę i straciłam przytomność.
Obudziłam się na Oiomie. Wyłowił mnie bohaterska brygada szambonurków z mojej spółdzielni mieszkaniowej, która akuratnio przybyła przepychać rury, wezwana przez sąsiada z góry, któremu wybiło kiedy deportowałam się tunelem przy wychodku. Z Felkiem to ja się jeszcze policzę!

A to owa stodoła (przed pożarem) i wychodek:

A morał z tej historii jest następujący: Wywróżenie sobie woskowej cebuli w Andrzejki w rzeczywistości oznacza że wkrótce znajdziecie się na Oiomie czego wam nie życze chłe chłe.

Niech żyje zgoda między sportowcami!

Niech żyje zgoda między sportowcami!

Wczoraj stało się coś niesamowitego. Nie uwierzycie. Ofelia 007 zgłoś się! dostała na dekiel. Ja wiedziałam że tak kiedyś będzie, ale nie wiedziałam, że tak szybko. Wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie, kiedy rano usłyszałam jakieś wrzaski. Mroczno lekko jeszcze było i w sumie nie wiem czy to od tych Mroczków w TV, chłe chłe, czy od nowego bimberku co go sobie wczoraj upędziłam z młodych kiełków owsa. Tak doradził mi mój stary przyjaciel Kulawy Genek, że jak mam problemy z nogami to mam sobie z owsa bimberku upędzić. Genek czasem ma takie hipologiczno – botaniczne przenośnie, że to niby koń ma mocne nogi to jak się napiję bimberku z owsa, bo konie owies przecież jedzą, to nogi mi się wzmocnią. I nie tylko mi bo Felek mój kotek też problemy z nogami ma, z tym że on z tylnymi a ja z przednimi, to znaczy z dolnymi chłe chłe, choć Felek w sumie jakby na dwóch stanął to też z dolnymi. A w zasadzie nawet wam nie opowiedziałam co z tymi nogami nam się stało. Otóż dwa dni temu odwiedziła mnie drużyna znajomych piłkarzy Tajfun z Szelejewa Drugiego w województwie Wielkopolskim. Ja znam bardzo dobrze ich trenera Anzelma, bo w zasadzie to mój dalszy kuzyn ze strony matki. I tak od słowa do słowa, od kielicha do kielicha no i upili my się do nieprzytomności. I jak my się tak już kompletnie nabombali, to oni postanowili mecz zagrać przed moim blokiem. Próbowałam ich powstrzymać ale nic to nie dało. Ja miałam sędziować ale tak w ryju miałam że ledwo stałam. Więc w sumie sędziowałam na siedząco, bo im i tak było bez różnicy, zresztą nie bardzo nawet na drugi dzień pamiętali, że w cokolwiek grali. No i kiedy tak siedziałam na tym taborecie to lekko mżyło, więc mojego kota Felka ja pod ten taboret schowałam, bo ja dbam o jego futerko a na deszczach zwłaszcza kwaśnych ono mu się tak miejscowo matowi i później włoski wychodzą garściami. W sumie to nie takie złe bo z tych włosków już kilka dywaników uplotłam i sprzedałam jako ekologiczne maty z Bombaju. Szły jak woda, no ale Felek cierpi. Więc dodatkowo go chroniłam pod tym taboretem bo mi tak bokami zwisało i zwisało, a że ma co zwisać to tak po czasie ten taboret coraz się bardziej wbijał nóżkami w podłoże i wbijał. A zapomniałam dodać że tam podmokło lekko było, bo to było na trawniku co go zaorali na jesień, żeby latem trawa lepsza była. I że tak się wolno ten taboret wbijał to nawet nie zauważyłam jak byłam coraz bliżej ziemi. I w końcu te ostatnie trzydzieści centymetrów to już zdecydowanie moja wina, bo akurat drużyna której sprzyjałam zdobyła gola i jak podskoczyłam i opadłam to już taboret wbity w ziemię był po same siedzisko. Felek był dzielny mimo że słodko spał… Niczym tygrys wyskoczył, ale przymiażdżyło mu tylne łapki. Ja w ostatniej chwili jak już opadałam i usłyszałam pisk Felka zdążyłam tak lekko się poderwać, próbowałam się przygiąć żeby Felka ratować ale nie na wiele to się zdało, jedynie co to poskręcałam nogi w kostkach. Dzielni piłkarze posadzili mnie na ten taboret, wzięłam wyjącego Felka i chwiejnym krokiem zanieśli nas do windy. Byłam jak jakaś królowa sportu na tym taborecie, a chłopcy też prawie się nie zataczali. Oj ci sportowcy. No i tak po tym wszystkim nogi bolą. Felkowi zrobiłam małe temblaki z klamerek do bielizny i kordonka numer 3 a jego łapki poskładał kuzyn – trener Anzelm z Szelejewa Drugiego w województwie Wielkopolskim, bo on był na medycynie aż cztery semestry ale się rozpił i go wyrzucili, to w sporcie zaczął robić co zresztą ogólnie przyjętą prawidłowością jest. Jednak wiele z medycyny pamięta!
No więc tak leżałam w tym łóżku i pomyślałam że z nogami lepiej, za to głowa boli. I wtedy usłyszałam te wrzaski. Patrzę a tam Ofelia 007 zgłoś się! Goni z młotkiem … nie zgadniecie – mojego kuzyna Anzelma! On zwiewa a ona za nim, w dodatku on nie sam ucieka tylko z nim jakiś drugi człowiek co to wygląda na naszego sąsiada murarza pana Wacka spod szesnastki. Wyglądali na pijanych bo cała trójka się lekko zataczała a Ofelia nieudolnie machała tym młotem i machała, ale coś nie mogła ucelować. I w ogóle cała jakaś taka dziwna była, na czole miała ogromnego siniaka a plecy i tył wysmarowany na szaro jakby betonem? Ganiali tak wkoło śmietnika, ale to było dziwne bo ona tak coraz wolniej biegła. Wolniej i wolniej, jakby ktoś wstrzymywał klatki filmu. Anzelm i pan Wacek chyba zauważyli że z nią jest coś nie tak, bo też zwolnili, a ona w końcu stanęła jakby zastygła. Tylko się darła i strasznie wulgarnych słów używała. Bo ona chamska jest jak mało kto. W końcu zastygła na dobre a ktoś z sąsiadów zdziwiony tym co się dzieje zadzwonił po pogotowie bo przyjechali i Ofelię jak stali zastygłą zabrali – nawet noszy nie potrzebowali. Ponieważ wyzywała brzydko lekarza, zalepili jej tylko taśmą klejącą gębę chłe chłę. Pojechali na bank do wytrzeźwiarki i pewnie jak jej nie przejdzie to nawet może do czubków.
Widziałam wszystko przez okno, i zawołałam Anzelma żeby zaszedł i opowiedział co zaszło chłe chłe. Anzelm był rzeczywiście na ostrej bani. Poprawili mi po szybkim z owsa, co Anzelmowi też na zakwasy po meczu dobrze zrobi. Okazało się że Tajfun Szelejewo Drugie nie pojechał na swój mecz ligi okręgowej. Kiedy już po mojej imprezie wsiadali do autobusu Ofelia 007 zgłoś się! poprosiła ich o przysługę. Otóż ma w domu wylewane nowe podłogi i potrzeba jej silnych chłopów żeby meble poprzenosić. Więc Anzelm, ponieważ to moja rodzina i ma maniery, nie odmówił. Poszli wszyscy do niej no a tam już oni z majstrem panem Wackiem spod szesnastki co to jak na murarza przystało za kołnierz nie wylewa, zaczęli kontynuację mojej imprezy. Że niby po małym, no ale sklep pod nosem to na małym się nie skończyło a na gigancie chłe chłe. A ponieważ w nich płonie olimpijski znicz sportu postanowili skoki urządzić w dal, bo wzwyż nie było warunków. Akurat murarz Wacek podłogę samopoziomującą przy drzwiach wylał, to zaproponowali z Anzelmem skoki przez tę podłogę z korytarza do dużego pokoju. Anzelm wziął centymetr i mierzył. A ponieważ Ofelia 007 zgłoś się! była tam jedyną kobietą to wywalczyła sobie skoki ze wsparciem w postaci skoczni. Ale sprzętu sportowego nie miała więc położyli takie oparcia ze sprężynami od kanapy. Chłopaki bez wybicia przeskakiwali i w końcu przyszła kolej Ofelii. Ona jak zawsze mimo że możliwości nie ma, talentu za grosz, to chce. Chciała bardzo wygrać. Wzięła rozbieg, odbiła się od skoczni z podparcia i pięknym lotem przeleciała nad wylaną właśnie podłogą. I wszystko szło jak najlepiej i na pewno byłby to najdłuższy skok, coś w zakresie rekordu ligi okręgowej, gdyby nie wybicie. Mianowicie Ofelia, chcąc pokazać mistrzostwo, źle wymierzyła odbicie i jak nie walnęła czołem o futrynę drzwi, jak nie trzepnęło ją do tyłu… W sekundę już leżała plecami w betonie… Podniosła się i wtedy jej kompletnie odbiło. Chwyciła młot i zaczęła gonić Anzelma i Wacka… Ciąg dalszy już znacie…

A morał z tej historii jest następujący: nawet jak ma się wsparcie to jak karma jest na pieprznięcie i kaftan to jest. I takiej karmy Wam drodzy czytelnicy nie życzę, chłe chłe.

Bimbrowe Wojny I – atak mrówkoklonów czy zemsta Faraona?

Jak zapewne od dawna wiecie picie to całe moje życie. W zasadzie jego połowa, drugą jest pędzenie. Potwierdzam za zgodność że pędzić trzeba, bo jak mawia stare kaszubskie przysłowie jak kobieta nie pije to jej wątroba gnije. To przysłowie zresztą jest autentyczne, bowiem najnowsze badania amerykańskich lekarzy wskazują, że analizy wątrób kobiet pijących i niepijących prowadzą do wniosku o mniejszej ilości grzybów i pleśni w wątrobach kobiet pijących. Zresztą mój tato zawsze mówił: Kto pije i pali ten nie ma robali, i to szczera międzynarodowa prawda musi być.

I tak rozmyślając o swoim hobby i rodzinnych korzeniach i tradycjach sączyłam wczoraj nową nalewkę na bimberku ze ściółki leśnej. Pogoda ostatnio w kratkę u mnie nieco padały opady przelotne, więc w pobliskich lasach ściółka już zaczyna ponadgniwać. I pewnie zastanawialiście się dlaczego mnie mniej ostatnio tutaj było? Bo pojechałam przedwczoraj na mały rekonesans autobusem linii podmiejskiej numer 52 na obrzeża miasta. Idąc dalej przez las jakieś 3 km w linii prostej od przystanku, dochodzi się do gajówki w której mieszka mój stary kolega z zawodówki Bronek. Ten człowiek jest gajowym z zamiłowania. W zasadzie zawsze pasjonował się zwierzętami. Już w pierwszej klasie zawodówki wołali na niego rogacz, bo podobno kiedy na swoich imieninach schlał się do urwania filmu i zasnął na stole, jego narzeczona pod tym stołem z takim jednym Wojtkiem miejscowym amantem…. Ale to nie ważne. Bronek odgryzł się nie raz nie dwa, zaliczając masę dziewczyn na ambonach w lasach. Zawsze polował na co ładniejsze więc mnie omijało. Ale fioła na tle zwierzyny leśnej miał na prawdę. Codziennie rano niczym Wojski budził cały blok poranną grą na rogu, podczas której wykonywał Darz Bór, i to w trzech różnych wersjach językowych pod rząd. Na wszelkie zabawy szkolne przebierał się za zwierzęta, a to raz wszyscy myśleli że żywy dzik wbiegł do szkoły, a to że szczur wielkości człowieka kąpie się w sedesie w szkolnej toalecie, oj mówię wam fantazję to on miał. I to właśnie podczas odwiedzin Bronka w leśniczówce zapoznał mnie on z techniką otrzymywania bimberku ze ściółki leśnej. Najlepiej lekko nadpleśniałej. Z dwoma workami ściółki i nadzieją wróciłam do domu. Rzeczywiście szybko, tanio i solidnie, siedzę i piję ten bimberek.

I tak piję i piję i nagle patrzę, że coś na ceracie na stole przebiega. Takie mniejsze od muchy. O i znowu. I wzięłam łyżeczkę i próbowałam to ukatrupić ale nie trafiłam. I znowu i znowu. To ja w drugą rękę łyżeczkę i walę an przemian. Sąsiedzi później mówili ze fajny koncert perkusyjny im zrobiłam i pytali jak długo lekcje gry biorę, chłe chle. A ja tak samoistnie z siebie, ech. Ma się ten talent. No ale wracając do tych nibymuszek to tego było więcej i więcej. Im bliżej kuchni tym więcej. Z przerażeniem odkryłam, że cały mój kilku-dziesięciokilogramowy zapas cukru opanowały mrówki faraonki w ilości wprost niesamowicie licznej. Mrówa na mrówie i skrzydlate i łaciate i pręgowane wszelakie. Szok! Ponieważ po ostatniej przemianie Franka mojego znajomego lekarza weterynarza, w kota mógł on na mnie liczyć do tego stopnia, że w końcu znalazłam znajomą ekspedientkę z Polo Marketu która go pocałowała, po czym zamienił się on znowu w człowieka, zadzwoniłam do niego z prośbą o poradę. Franek, przekonany że to objawy delirki, kazał zastosować następującą procedurę. Nalać pół wanny lodowatej wody a w misce lub metalowym kotle w pokoju rozpalić ognisko. I biegać tak wanna – nur, wyskok i dwa skoki na juhasa, czyli ze skrzyżowanymi w powietrzu nogami nad ogniem. I znowu wanna – nur – juhas, wanna – nur – juhas. Po pięciu seriach wziąć słoik, złapać jedną mrówkę do niego zamknąć szczelnie i zadzwonić do Franka. Terapię stosowałam, choć było dziwnie raz chłodno, raz znowu gorąco i tak na przemian. To taka nowa terapia antydelirkowa, leczenie szokiem termicznym. W sumie może i skuteczne ale te skoki nie bardzo mi szły, zwłaszcza że po pierwszym opaliłam sobie włosy na nogach i tyłku i w domu śmierdziało jak przy opalaniu kurczaka po skubaniu. Więc już więcej nie skakałam tylko zamiast skoku obiegałam ognisko trzy razy. W końcu jak skończyłam wzięłam słoik złapałam dwie mrówki, zamknęłam i zadzwoniłam do Franka.

Poprosił mnie żebym zamknęła oczy i policzyła do stu. Po czym otwarła i sprawdziła co widzę w słoiku. I nic to nie dało bo w słoiku wciąż widziałam mrówki. Franek się zdziwił i stwierdził że to jakaś wyjątkowo odporna na leczenie delirka i zdecydował się na seans hipnotyczny przez telefon. Kazał mi położyć się na kanapie i słuchać co mówię i powtarzać po nim. Jeden, dwa, trzy zaczął swoje magiczne hipnotyczne odliczanie, a ja za nim, jeden, dwa, trzy… I później tak powtarzałam powtarzałam i powtarzałam, niewiele pamiętam. Pamiętam tylko jak w od pewnej chwili zaczęłam być mrówkojadem. Dopadnę was wszystkie. Przeszłam na swoich czterech łapkach do kuchni i zaczęłam swoją długą trąbką wsysać te mrówki z worka z cukrem jedna po drugiej. Mniam mniam pomyślałam. Mrówki w cukrze to jest coś. I w zasadzie co do jednej zjadłam wszystkie, wtedy przeszłam do pokoju i pomrukując zaczęłam łapać te które zgromadziły się przy ognisku, myśląc że dziki mrówkojad do ognia nie podejdzie. I takie były pyszności wszelakiej że jak mops się obżarłam i cukrem i nimi. I później już tylko jakieś głosy słyszałam i zasnęłam.

I obudziłam się przywiązana pasami do łóżka. Lekarz prowadzący opowiedział mi o szoku jakiego doznał kiedy zobaczył w moim mieszkaniu kocioł z palącym się węglem z grilla, wkoło którego na czterech lata rozebrana do naga przysadzista kobieta z rurą od odkurzacza w zębach a wkoło porozsypywane są dziesiątki kilogramów cukru. Na dodatek w łazience przelewa się z wanny lodowate woda, do tego stopnia, że sąsiedzi z trzech pięter niżej zadzwonili po straż, a słysząc dziwne chrumkania podobne do tych jakie wydaje polujący mrówkojad, również i po pogotowie.

Wstępne wyniki analiz wykazały jednoznacznie, że za wszystkie moje urojenia odpowiedzialny jest bimberek z nadgniłej ściółki leśnej. Jutro mnie wypuszczają, bo powiedzieli że nawet gdyby trzymali mnie tu rok, nie wyjaśnią jakim sposobem bimberek mógł wywoływać u mnie tak sprzeczne urojenia mrówek i mrówkojada jednocześnie. Odkryty syndrom nazwano syndromem Zemsty Faraona. W ten sposób przeszłam do historii medycyny!!

A morał z tej historii jest następujący: Co prawda picie bimberku ze ściółki leśnej może doprowadzić do sprzecznej natury urojeń maści wszelakiej, ale można dzięki temu trafić do historii medycyny czego i Wam życzę chłe chłe.

Kociokwik Krzysia Karzełka

Jak już na pewno wiecie, Krzyś Karzełek to mój serdeczny przyjaciel, który do pewnego czasu był w wojsku w czołgach a następnie został przeniesiony do łodzi podwodnych. Jego historię możecie znaleźć we wpisie o wizycie u rodziny Karzełków, więc nie będę się powtarzała. Kiedy rano oddawałam się degustacji nocnego destylatu ze śliwek, zadzwonił telefon. Dzwoniła mama Krzysia, informując mnie, że Krzyś został zwolniony z odbywania dalszej służby wojskowej i że za szkody jakie im ostatnio wyrządziłam, podczas mojej wizyty u nich, powinnam teraz zapłacić goszcząc Krzysia kilka dni, bo traumę ma taką, że do ziemianki wejść się boi. No i na końcu powiedziała, że Krzyś już do mnie jedzie pociągiem i jak zwykle w ramach oszczędności nie ma biletu. Trochę mnie to zmartwiło bo Ofelia 007 zgłoś się! dorabia na nocnych dyżurach jako SOKista, ale odgoniłam od siebie te myśli, zresztą z jej posturą to nawet Krzysia nie zauważy, bo pewnie skulił się biedak gdzieś pod fotelem lub przycupnął w jakiejś szafce, byle nie wysokiego napięcia jak kiedyś. To było kilka lat temu jak Krzyś dopiero afiliował się ze społeczeństwem, jechał pociągiem elektrycznym Kolbuszowa – Łomianki i przysnął w szafce wysokiego napięcia. Oczywiście bez biletu. Po drodze zepsuł się transformator, a w tej szafce co spał Krzyś był zapasowy, więc jak włączyli to go popaliło i osmoliło biedaka. Dobrze ze to tylko 220 V było poza tym Krzyś był znieczulony. Jak go wyciągnęli to przez to osmolenie pomyśleli że to biedne Murzyniątko podróżuje po świecie w poszukiwaniu chleba i nawet go wtedy podkarmili a jedna pani z ruchu zielonych zgłosiła się jako chętna do adopcji. Na szczęście Krzyś zwiał i ocalał dla ludzkości, chłe chłe.

No wiec poszłam na dworzec kolejowy i Krzyś przyjechał po kilku minutach, ale wysiadł słaniając się z nóg. Okazało się, że całą drogę spał w szafce pod zlewozmywakiem w WC i podróż była całkiem przyjemna bo nawet wysprzątali i tylko trochę śmierdziało, do czasu kiedy z toalety nie postanowiła skorzystać jakaś przysadzista baba w mundurze SOK. Kataklizm, czyli erupcja z trzęsieniem ziemi pomijając że pociągiem i tak trzęsło całą drogę. Ledwo wytrzymał w dodatku ona się tak na kibelku rozsiadła że drzwi w szafce wgniotła i żebra dwa Krzysiowi lekko naruszyła. Jednocześnie jak wgniatała te drzwi to Krzysia trzonowe wbiły się w drzwiczki i trudno mu było się uwolnić. Więc musiał wdychać otwartą buzią te smrody. Na początku śmierdziało kotami, później wiadomo chłe chłe. Od razu pomyślałam o Ofelii 007 zgłoś się! ale to byłby jakiś wyjątkowy zbieg okoliczności. W każdym razie w ramach oszczędności i dotlenienia poszliśmy na pieszo, to znaczy ja szłam a Krzyś jechał bo wzięłam taki wózek na dwóch kółkach do wożenia zakupów, żeby od razu zahaczyć o pobliski spożywczak i nabyć cukier i świeże drożdże, co też uczyniliśmy.

Po powrocie do domu Krzyś ciągle jakiś niepewny był, łapał powietrze jak mój tegoroczny wielkanocny karp w wannie na krótko przed akcją młotek chłe chłe i nawet chwilami szarzał. To było dziwne że nie siniał tylko szarzał. I wyjęłam z lodówki ten nowy bimberek myśląc, że postawi go na nogi. Z tym bimberkiem to ciekawa historia była bo kupiłam 25 kg worek karmy dla kotów na przecenie, i wtedy jak my z Frankiem okopywali się w piwnicy i pękła rura z wodą, to ta karma się zalała i po prostu zapomniałam o niej. I weszłam tam niedawno a tu jaki miły zapach, chłe chłe. Sama zaczęła fermentować to ja cap cały worek, dodałam cukier i drożdże i mam:). Pyszny bimberek chłe chłe. I Krzyś przechylił i pewnie jakaś interakcja z tym kocim, albo innym, smrodem Ofelii 007 zgłoś się! nastąpił bo Krzyś dostał delirki i zaczął zachowywać się jak kot. Szarość skóry pogłębiła się, gdzieniegdzie, na przykład na czole pojawiły się białe łaty, Krzyś miauczał i chodził na czworaka. Musiałam mu pampersa założyć bo mój kotek Feluś zaczął kompletnie na tle Krzysia świrować. To była nawet zabawna delirka, jadł z puszki, uwielbiał te antykłaczkowe żarcie, do kuwety robił wzorowo nawet pazurkami drapał, no ale problem pozostał – jak go z tej delirki wyciągnąć bo po dwóch dniach zaniepokojona mama dzwoni i chce z nim rozmawiać, a on akurat w kuwecie. Powiedziałam że poszedł do piaskownicy chłe chłe.

I wzięłam go na smycz i poszłam do Franka mojego zaprzyjaźnionego rodzinnego weterynarza – lekarza który ma gabinet w piwnicy w klatce obok. Franek się bardzo zdziwił tą transformacją Krzysia i zaproponował że najlepsze będą elektrowstrząsy. No to wzięli my akumulator od Tira, dwa zestawy samochodowe pierwszej pomocy w postaci czterech tak zwanych klem , Franek znieczulił Krzysia szybkimi ciosami w głowę gumowym młotkiem i położył na stole operacyjnym. Dwie klemy na ręce, dwie na nogi i dawaj! Trzaski zwarcia błyski i jest – udało się. Krzyś stanął na dwóch nogach i przemówił ludzkim głosem. Jakie szczęście – już chciałam się rzucić Frankowi w ramiona, a tu nic. Franek zniknął. Zobaczyłam tylko jak na czterech znika w drzwiach gabinetu w pogoni za myszą…. No trudno zawsze był konowałem, więc należało mu się. Jak będzie się dobrze sprawował podrzucę mu co jakiś czas zdechłą myszkę lub suchej karmy do gabinetu chłe chłe.

A morał z tej historii jest następujący: jazda w WC bez ważnego biletu PKP, po kielichu bimberku, potrafi wyzwalać moce o których wam się nawet nie śniło. Czego Wam wszystkim życzę, oczywiście wyzwalania i kielicha, nie jazdy chłe chłe.

W poszukiwaniu zaginionej szczęki

Dziadek jakże piękne słowo i brzmi tak poważnie, sędziwie… Chciałabym móc to samo powiedzieć o moim dziadku Natenku ale niestety nie mogę. Wszyscy w rodzinie wycierpieliśmy wiele z powodu rozlicznych jego historii, z których część ze względu na drastyczną zawartość nawet nie nadaje się do opisywania bo od razu kapuś Ofelia 007 zgłoś się! lub ten chłopiec lat 13 by donieśli i zamknięto by mój opiniotwórczy blog, tak jak zamknięto po ich donosach blog Meli Xero mojej przyjaciółki i lekarki. Tak więc od dzieciństwa starałam się od dziadka trzymać jak najdalej, jakże wielkim zatem było moje zdziwienie kiedy kilka dni temu zadzwonił dzwonek u moich drzwi, i po otwarciu zobaczyłam dziadka Natenka… Witaj wnusiu, od razu nie martw się nie przyjechałem na długo. Jestem przejazdem – powiedział dziadek pakując się do mojego mieszkania. Rozsiadł się przy stole i wręczył mi paczkę. Tutaj masz prezent, obierki po naszych ziemniakach z których pędzimy. Wiesz dziecko że to kopa daje większego niż spirytus i w sklepie nie uświadczysz. Dygnęłam ładnie przed dziadkiem jak nauczyła mnie moja salonowa przyjaciółka Pantofelek, dygu dygu, po czym od razu nastawiłam je na zacierek. Dziadka nawet nie pytałam czy spragniony, odruchowo nalałam po pół szklanki bimberku ze spleśniałej fasoli. Dziadek jednym tchem przechylił. I kiedy przechylał zauważyłam że zęby górne tak o krawędź szklanki zadzwoniły. A widzisz dziecko, szczęka sztuczna coś obluzowała mi się ostatnio, jakiś słaby klej kupiłem, chciałem zmienić na lepszy ale na kropelkę za długo trzyma to oderwałem i tak mi się co jakiś czas opuszcza. I później siedzieliśmy z dziadkiem Natenkiem i pitoliliśmy pitu pitu pitu. Pitu pitu godzinami, chlapu chlapu i znowu pitu pitu. Dziadek przypomniał mi historię jak to w dzieciństwie zachciało mi się kiedyś w piwnicy i mało nie zdążyłam, a dziadek zachował stalowe nerwy. Kazał mi załatwić się na szufelkę i buch od razu wszystko do pieca! Tak samo jak pojechaliśmy kiedyś z dziadkiem na grzyby i to samo mnie naszło, dziadek poświęcił na moje podtarcie najpierw całą paczkę po papierosach POPULARNE, a jak to nie pomogło to i papierosy. Przy okazji tym pergaminowym środkiem paczki mnie podcierał to poślizg taki był… Niemniej mimo tych dobrych chwil, dziadek podpadł rodzinie za wszelakiej maści ekscesy zwłaszcza na podłożu erotycznym. No świętym to on nigdy nie był, a że w młodości był marynarzem to i ekscesy międzynarodowe były. Jak poznikają kapusie Ofelia 007 zgłoś się! i chłopiec lat 13 to może kiedyś wam o tym napiszę.
I podczas tego picia kiedy już się ściemniało dołączyli do nas Kulawy Genek i spółka. I dziadek opowiadał o tych Włoszkach, Hiszpankach, Bułgarkach. I w pewnej chwili wstał i poszedł do toalety chwytając się za buzię. Chyba mój bimberek ze sfermentowanej fasoli mu nie służył bo wcześniej wiatry miał, co słychać raczej nie było ale czuć na pewno i to od jego strony zachodziło. Poszedł bardzo szybko i długo coś nie wracał wiec się zaniepokoiłam, że może tam zasnął. Zapukałam, otworzył ale jakiś zmieniony był. Sceka wpada do kibeka – wyseplenił i nic nie zrozumiałam. Dopiero jak się przyjrzałam to zauważyłam, że dziadek jest bez szczęki stąd to seplenienie i zapadnięta buzia. Pokazał palcem na kibelek i zrozumiałam, że mu szczęka wpadła do środka jak pawia puszczał. Oj dziadku dziadku, teraz tylko maszynka i mielone na papkę na okrągło – powiedziałam żartem. Już nieźle na bani byłam więc zawołałam Genka i spółkę i zaczęliśmy kombinować jak tę szczękę dziadkową odzyskać. Genek co zahartowany jest a jak na duzlu to i mniej strachliwy, zerwał mi w dużym pokoju listwę przyścienną i wepchnął do WC. Zaczął ją tak naginać i wpychać co chwilami przypominało Kozakiewicza w ostatniej fazie skoku. Ale tym razem to nie Kozakiewicz pokazał wała bo listwa pękła i Genek spadł na kafelki. Jak walnął, ale on jest twardy, wstał i otrząsnął się. Zdesperowany zakasał rękaw i włożył centralnie rękę do kibelka. I drugą ręką tak tym złamanym kawałkiem listwy zaczął góra dół, góra dół. I po piętnastu minutach wyciągnął dziadkowa szczękę, która po prostu zagryzła się na listwie. Dziadek zachwycony uściskał Genka i natychmiast szczękę założył nie tracąc czasu na opłukiwanie. Bo szybkość to domena naszej rodziny, chłe chłe.

A morał z tej historii jest następujący: picie bimberku może doprowadzić do obfitujących w przygody ciekawych poszukiwań z Kozakiewiczem w tle, czego i Wam życzę.

Omamy pozacierne

Pewnie wielu z was zastanawiało się dlaczego dziś rano byłam tak mało aktywna w internecie. Otóż spowodowane to było swoistego rodzaju przeżyciem o którym teraz napisze. Ale żeby je dobrze opisać muszę najpierw naświetlić wam postać drugiego po Walusiu mojego idola, w zasadzie traktowanego przeze mnie na równi z Kulawym Genkiem o którym wielokrotnie już pisałam na swoim blogu. Pan Edek to postać kultowa. Wiele lat był woźnym w ulokowanej w pobliżu podstawówce i jeszcze w czasach mojej młodości poznałam go z jak najlepszej strony, mało tego rozpoznałam w nim bratnią duszę. Otóż wtedy Pan Edzio, dziś po prostu Ed miał taki kantorek – swój pokój, tam trzymał te klucze wszelakie, szmaty, kije do mioteł i tak dalej – cały ten asortyment woźnego. Ale Ed lubił walnąć lufę zwłaszcza w czasie lekcji bo na przerwach chodził po kondygnacjach naszej szkoły i wzbudzał wielki respekt a nawet strach za pomocą swojej czerwono sinej twarzy, choć respekt ten słabł z upływem dnia bo tak po czternastej Ed już miał w ryju nieźle i lekko się zataczał. Edzio był kuzynem z pierwszej linii dyrektora, więc go nie zwalniali ze szkoły. Dyrektor – niepijący, 100 procentowy abstynent, co okupił kilkuletnią terapią i długotrwałym odwykiem, wymyślił wtedy na Eda taki oto sposób. Wybudowali mu z pleksiglasu kantorek w rogu korytarza. I Ed był non stop na widoku chłe chłe – non stop sto procent inwigilacji. No to Ed pił w toalecie ale ile razy można łazić zwłaszcza że to na trzecim piętrze więc schody, a on już młodości niepierwszej. Wiec Ed musiał opanować szybkie sposoby picia. Jak wam już napisałam, ale powtórzę poprzez zwykłe kopiuj – wklej bo to akurat najlepiej ze wszystkich robić umiem, Pan Edek to postać kultowa. Kultowość jego polega na tym, że opanował on metody tak szybkiego picia że nikt nie widział jak pije. Poza tym zważcie, że musiał też opanować metodę picia jakiegoś że tak powiem substytutu no bo czysta w grę nie wchodzi (otworzyć, przechylić – w pudle z przejrzystymi szybami nie do zrealizowania). Więc Edzio opanował technikę mistrza którą dziś to powinien nawet opatentować. Pił płyn do mycia okien. Ponieważ jego żona, tez rodzina dyrekcji, była sprzątaczką (i tez dawała w palnik ale nie w pracy) pomagała mężowi jak umiała i zawsze mówiła że okna w szkole muszą lśnieć bo wiadomo – okna to okna na świat, i zawsze polecała intendentce zakup tego płynu co później Ed pił. Bo ten płyn był na denaturacie chłe chłe. A technika była prosta, zatyczka od płynu musiała być otwarta, co nie było dla Eda kłopotliwe, i wszystko. Opanowania tylko i odpowiedniego podejścia i liczby ćwiczeń wymagało picie, polegające na otwarciu buzi i wtryśnięciu płynu tak żeby broń cię Panie Boże nie zwinklować. Dobranie odpowiedniego kąta i siły nacisku i po sprawie. No to Ed ćwiczył i z początku raz dał sobie po oczach, bo ręce już wtedy mu się trzęsły – później tydzień w czarnych okularach chodził a niedobre dzieci wyzywały go Edi Łonder, ale w końcu stał się mistrzem. Trafiał bez pudła chłe chłe. A ja kiedyś przyłapałam go bo się podkradłam jak uciekłam z lekcji matematyki, i choć grubiutka byłam to mnie nie zauważył, poza tym skupiał się na trafieniu w usta. I wtedy zaczęła się nasza przyjaźń, stałam na czatach jak pił mało tego on mnie nauczył techniki. Później grali my w deblu chłe chłe, on mi strzelał tym płynem ja jemu, na przemian czy dwoma płynami jednocześnie chłe chłe. To był ubaw!! Trochę mi trudno było na lekcjach nie przysypiać bo łapałam szybko fazę ale czego się nie robi dla przyjaźni. Ach te Edkowe dżumy to jedno z moich najpiękniejszych dziecięcych wspomnień… A matematyki później w zawodówce też nie cierpiałam. Stąd u mnie taki logiczny umysł chłe chłe.

No dobrze więc Ed był u mnie wczoraj. Ponieważ rozpisałam wśród przyjaciół konkurs z czego można szybko zrobić zacier i pyszny bimberek i takie tam, ważne żeby kop był, to kilku z nich Kulawy Genek z kumplami no i Ed z żoną zaszli wczoraj do mnie na rozstrzygniecie. Miały być nagrody, niestety wypiłam wcześniej, przez co jak zaszli byłam już na niezłej bani. Ale oni też, zresztą jak zwykle – to nasz normalny stan więc każdy kto mnie zna jest przyzwyczajony. Gorzej gdyby ktoś z nich mnie na trzeźwo zobaczył to by dopiero się zmartwili i na pewno zadzwonili na pogotowie. No i zwycięzcą mojego konkursu kulinarnego został Ed z małżonką, którzy opracowali technikę produkcji zacieru ze strączków po fasoli i grochu. Chłe chłe tego pełno jest, a w pobliskiej miejscowości znajduje się fabryka produkująca fasolkę po bretońsku i groszek konserwowy to załatwili nam stały dostęp do odpadu. W zasadzie Edzia kumpel tam śmiecie wywozi na wysypisko, to po co ma się marnować za małego jabolka podjeżdża śmieciarką pod blok Edzia i prosto przez okienko do piwniczki zrzut robi i z głowy. Technologia szybkiej fermentacji Edka strąków jest podobna do technologii produkcji bimberku na zimno, opisywałam ją w drugim wpisie więc teraz nie będę nikogo zanudzać. Niewiele surowca, szybko, na zimno. Co prawda bimberku nie ma ale jest taki zacierek który już po dwóch godzinach trzymania w lodówce daje niesamowitego kopa. No i najedli się my tego fazę łapiąc wprost niesamowitą każdy gdzieś padł jak to zwykle na takiej imprezie. Zwłaszcza że przedtem bawiliśmy się w taką zabawę kto z zawiązanymi oczami szybciej trafi do toalety za potrzebą. Mówię wam ubaw niesamowity – oczywiście ja byłam bezkonkurencyjna i wygrałam chłe chłe. Genek mało co przez okno nie wyleciał bo myślał że to WC, ale i tak wszystkich zadziwił kiedy stojąc na parapecie z zawiązanymi oczami sikał wprost do kałuży na chodniku. Jakiego on ma cela! Oj przednia zabawa była. I obudził mnie rano głos Edka że coś dziwnego się stało ze mną i że brzuch mam jakiś wielki. Nie ukrywam, że najwięcej kop – zacieru zjadłam ale jak na kilogram wagi liczyć to wcale nie więcej niż inni. Ale zapomniałam o moich bobowych wiatrach, o których pisałam wczoraj, poza tym na wielkiej bani nie lubię stawać na głowie bo przełyk mnie pali, i widać jakaś kumulacja nastąpiła. Brzuch stał się ogromniasty tak że lekko nawet zaczęłam się nad ziemię unosić i musiałam chodzić w przechyle na piętach chwytając się mebli i meblościanki, co wyglądało jak Spajdermen co połknął balon z jakimś lekkim gazem, ale lewitacja pijanego kosmonauty. To Edek powiedział żeby jakoś zaradzić – że może mój przyjaciel Franek weterynarz pomoże – próbowali my dzwonić ale w piwnicy on nie ma zasięgu, a ja tam w takim stanie nie zejdę nie ma szans. No to Ed zadzwonił po swojego kumpla tego co mu strąkowe śmiecie wozi na zacierek bo on tez dorabia w MPO na glutwazie po godzinach i zapytał czy glutwaza pusta. Pusta cudem jakimś była i podjechał pod blok, ściągnęli czy może scholowali mnie za nogi po schodach bo coraz lżejsza byłam i w zasadzie unosiłam się nad ziemią, i na dole oni mi zaczęli ten biogaz przetaczać z brzucha za pomocą rurki do tej glutwazy. Połączenie wykonali w duecie przybyły na to wszystko w końcu Franek weterynarz i Genek co na hydraulice zna się jak nikt. Taka brzuszna intubacja po weterynarsku chłe chłe. Ale co się stało – jak wszystko już przetoczone zostało okazało się że glutwaza zaczęła się unosić – tak że tylko na przednich kołach jechała i kolega Eda musiał prowadzić wypatrując przez szyberdach, który Genek mu zrobił za pomocą szybko uruchomionej piły zwanej pospolicie kontówką. Ale i tak nie szło jechać. I wtedy zza rogu wyjechał czołg prześlicznej urody w którym przez okienko jak z Rudego 102 wyglądał mój przyjaciel Krzyś Karzełek. Wiele przygód my przeżyli razem o czym pisałam. Co prawda Krzyś został przeniesiony do marynarki i coś mi już wtedy zaczęło niegrać, niemniej czołg podjechał i tak lufę wbił pod zbiornik glutwazy że dociążył i ta mogła dobrze już jechać wszystkimi kołami po asfalcie. Później się okazało że ten biogaz to jakiś bardzo wysokoenergetyczny i łupki wysiadają w przedbiegach a koncerny paliwowe zaczęły się o niego bić. A wiadomo jak o niego to i o mnie. Ponoć produkcja tania, bioenergetyka co teraz na czasie jest, no i stałam się sławna. Wywiady z człowiekiem – bioelektrownią, popularność no i robiłam co lubię czyli piłam, tzn. jadłam ale się napijałam, no i kasa straszliwa. Wreszcie miałam wszystko i kiedy tak jadłam kawior siedząc na palcu Pigall i karmiąc nim gołębie obudziłam się wszystko okazało snem po strąkowym zacierze.

A już by lam sławna, jaka szkoda…

A morał z tej historii jest następujący ślicznej urody: za kilka lat wszyscy będą znać ten blog i mnie jako prekursora nowoczesnej ekologicznej techniki produkcji biogazu, czego i wam życzę chłe chłe i tego tam.

Zrobiłam sobie swoją Łiski

To było tak bociana dziobał szpak chłe chłe. A wiec kiedyś po jakiejś popijawie została sie u mnie szafa. Ktoś przyszedł z nią i zostawił. Oto facjata tej szafy:

No i pojawiło sie pytanie co a nią zrobić. no to kulawy genek zaproponował że zabierze ją do siebie żeby porąbac i spalić coby cieplej mieć zimą zwłaszcza. Ale znając genka zaraz po wyjściu z mojego domu szafe by opchnął, za połowe pieniędzy kupiłby jabolka a resztę przepił. Co to to nie. więc mnie do głowy myśl przyszła taka, żeby swoja codzienną walkę o przetrwanie osłodzić sobie w jakiś sposób i podnieść jedoczesnie swoje morale i społeczny status. Gdzieś kiedyś w jakiejś gazecie którą znalazłam w śmietniku wyczytałam, ze łiski robi się z trzech składników: jęczmienia, wody i drożdży. to trzeba przefermentowac i pozwolić dojrzeć w beczce przez minimum trzy lata. Smak łiski powstaje właśnie w wyniku działania bimberku na tę beczkę, dlatego w procesie tworzenia łiski niezmiernie ważny jest odpowiedni dobór drewna, i sie takie baczki robi z amerykańskiego lub europejskiego dębu. No to w to mi graj. Wzięłam stary klej wikol, uszczelniłam szafę, zwłaszcza szuflady bo denka lekko poodpadały. Z pozostałości płatków jęczmiennych które znalazłam w kuchni i drożdży zrobiłam pyszny zacierek i w te szuflady pozalewałam wodą. I zaczęło to lezakowac. Mówię wam jaki w domciu zapaszek od tych szufladkowych nibybeczek szedł. Mniam mniam. Oczywiscie nikt normalny nie będzie trzy lata czekał, trzy dni powinny starczyć. Wylalam wszystko do wiader – jaka rewelacja. Czułam te głębie zapachów, przed oczami stanęły mi wspomnienia dzieciństwa, bo ta szafa wiekowa jak i ja. i wpadłam wtedy na kolejny genialny pomysł (bo ja mam same takie chłe chłe), bo akurat ganek wpadł do mnie na małego, wpadłam na pomysł że teraz genek może tę szafę porabac jak ona taka od tej łiski nasiąknięta jest. a genek jak to genek dwa razy mu powtarzac nie potrzeba, wziął siekiere i porąbał. zebraliśmy te mokre kawałki do reklamówek i szczelnie pozamykali. woniało tak że od samego zapachachu geniek miał nieźle w czubie. no to my te rekalamówki do takiej dużej zamrażarki włożyli. nie zmarnuje się. łiski w wiadrach – zaraz do butelek przeleję tylko musimy wypic zawartość, a reklamówki.. własnie – reklamóweczkę z zamrażareczki, i kawałki drewna żuć można – dają takiego kopa że mówię wam. no i ten posmak. tylko uwaząc trzeba na kawałki z wikolem, bo te akurat jakoś mniej smakowite chłe chłe.

A na koniec – uczta sie chamy jak sie pije – kultura to podstawa, przynajmniej żebyście byli choć w połowie jak ja czego wam życzę, chłe chłe

„Gotuj zacierki ze Sramelką000″

wstałam jak zwykle z bólem glowy i walnelam dwie szybkie lufy. glod doskwiera wiec może warto cos ugotować . i wtedy przypomniałam sobie o moim starym przyjacielu walusiu, który z nieznanych mi bliżej powodow jest nieobecny już w sieci, ale na pewno kiedyś jeszcze uda nam się spotkać w realu i wypic male co nieco. walus znal najlepsze przepisy na zacierki wszelakie wiec polecam jeden z nich na dobry początek dnia – żeby wasz dzień był tak samo dobry jak mój czego wam zycze :) . a jako że wygrałam konkurs na najszybsza w konkurencji ilości operacji ctrl – c ctrl – v w ciągu minuty, w koziej wólce w 2009 roku czym się nie chwale bo jetem z natury bardzo skromna to teraz zapodam wam kilka z przepisów walusia najszybiej jak umim który walus z kolei zaczerpnal ze strony

http://samogon.republika.pl/zacier.html

podaje te sposoby bo sa one bardzo praktyczne – w zasadzie uwzglednia szeroki asortyment surowcowy jak ciastka, cukierki czy ryż. Zatem dla każdego coś miłego. Pod każdym przepisem dodałam mały komentarz z własnego życia.

Surowcem do przygotowania bimbru mogą być dowolne substancje zawierające cukier i skrobię. Największą wydajność produktu uzyskuje się z cukru. Jego deficyt spowodował, że zaczęto masowo stosować w charakterze zastępczego surowca cukierki, syropy, ryż, herbatniki, konfitury, różne owoce, pastę pomidorową, groch, ziarna zbóż, pieczywo…
Nieodłącznym składnikiem zacieru są drożdże. Głównie używane są spożywcze. Przy ich braku pomocne mogą być i mieszanki paszowe zawierające drożdże. Jeśli nie ma drożdży, zastępuje je chmiel. Dojrzałe: szyszki chmielu zalewa się wodą, gotuje i wywar dodaje do zacieru. Fermentacja powinna zachodzić w cieple. Najlepsza temperatura to 40-50 stopni. Na wsi przeważnie zacier fermentuje na piecu.
A oto kilka przepisów:

W czym robić zacier?
Do tego celu mogą posłużyć szklane gąsiory 40-50 litrowe, lub beczki kwasoodporne 30- lub 60-litrowe. Ja jednak polecam wam własnej produkcji instalacje którą mozecie zrobić domowym sposobym ze starego koiołka do krochmalenia bielizny (o tym pozniej napisze)

A oto kilka przepisów dla waszej radosci i milosci:

TRADYCYJNY I NAJPROSTRZY
Znana chyba wszystkim metoda „1410”. Kilo cukru, 4 litry wody, 10 dkg drożdży. postawić na ok. 2-3 tygodnie. Prawidłowo powinno wyjść: 1 litr bimbru z 1-go kg. cukru

Komentarz Sramelki: przepis łatwy, szybki i wydajny ale bimberek dość mocno „zajeżdża” drożdżami i trzeba się napocić przy jego oczyszczaniu. No ale jak suszy wlezie bez problemu. Uważajcie na gazy po spożyciu – wyjątkowo smierdzące.

Z PRZECIERU POMIDOROWEGO, CUKRU I DROŻDŻY
Jest to zmodyfikowany „1410” na „1437”. 1kg cukru, 4l. wody, 3dkg. drożdży i 7dkg. przecieru pomidorowego. Wymieszać, postawić w ciepłym miejscu na „musowanie”, powino wyobić w ciągu 2-3 tygodni, przedestylować.

Komentarz Sramelki: Mój ulubiony przepis w okresie gdy nie ma świeżych owoców. bimberek wychodzi z niego klarowny o znacznie lepszym smaku. Polecam ! zważcie jednak na pomidory w składzie – przecier musi być odpowiedni, polecam z puszeczek metalowych nie ze słoiczków bo droższy i bardziej słony. Przy okazji resztki z puszczezek można wymuskać cieplą wodą i ugotować z resztek zupkę dla całej rodzinki i znajomych. mniam Mniam

Z WINOGRON
Sok wycisnąć na wino, (albo po prostu pognieść je) a do tego, co zostanie (na 12 litrów odpadów) 100 g drożdży, 5 kg cukru. Rozcieńczyć wszystko w 30 l. wody. Pozostawić na 2-3 tygodnie. Otrzymujemy 7 l. bardzo klarownej wódki.

Komentarz Sramelki: Mój faworyt, zdecydowanie polecam, co prawda te siedem litrów to nie ejst zbyt wiele, dlatego proponuję nastawę zrobić w domowej wannie zwiększając proporcje 20 krotnie.

Z JEŻYN
jak wyżej tylko bierzemy jeżyny.

Komentarz Sramelki: nie pokłuć się podczas zrywania!

Z BURAKÓW – PIERWSZY SPOSÓB
Zetrzeć na tarce buraki cukrowe, ugotować, odcisnąć. Do 30 1. soku buraczanego dodać 200 g drożdży. Postawić zacier w ciepłym miejscu. Po 5-6 dniach będzie gotowy. Nie trzeba dodawać cukru. Otrzymujemy 5 litrów.

Komentarz Sramelki: przepis może i dobry, ale mało praktyczny zwłaszcza dla ludzi z miasta. Ale jak ktoś ma wieś blisko dobry rower i wiadro to dawaj. mały szpadelek z piaskownicy albo saperkę zabrać bo wyrywać buraki ręcznie nieraz ciężko, zwłaszcza te cukrowe.

Z BURAKÓW – DRUGI SPOSÓB
Zetrzeć i upiec buraki cukrowe – w 12 litrowym saganie. Nieco przestudzić, buraki powinny być cieple. Dodać do nich 5 – 6 kg cukru i 10 1. wody o temperaturze 24 – 25 stopni. Dodać 500 g drożdży rozpusz¬czonych w niewielkiej ilości wody. Przykryć mieszaninę. Postawić w ciepłym miejscu. Powinno musować 3-4 dni. Przemieszać. Zacier jest gotowy, kiedy buraki opadną na dno naczynia, a na wierzchu utworzy się skórka. Potem nalać zacier do zbiornika i pędzić wódkę.

Komentarz Sramelki: jak powyżej

Z KONFITUR
Wziąć 6l zepsutych konfitur, rozcieńczyć je w 301 cieplej wody, dodać 200 g. drożdży. Żeby otrzymać więcej bimbru, należy dodać jeszcze 3 kg cukru. Zacier postawić w ciepłym miejscu na 3 – 5 dni. Otrzymujemy 51 bimbru, a przez dodanie cukru – 9 l.

Komentarz Sramelki: uwaga zepsute konfitury strasznie śmierdzą i mogą zapleśnieć – uważać na to bo spleśniałe dają później bimber z wielkim kopem, można z kibelka miesiąc nie wyjść, chyba ze ktoś lubi

Z MELASY
Melasa jest produktem ubocznym przy wyrobie cukru z buraków. Do jednego wiadra melasy dodać 200 – 250 g drożdży i rozprowadzić to wszystko w 25l wody. Pozostawić w ciepłym miejscu na tydzień. Otrzymamy 6 – 7 litrów. Pożądana jest dwukrotna destylacja, gdyż za pierwszym razem bimber ma niemiły zapach.

Komentarz Sramelki: uwaga o zapachu cenna, smród starych skarpet – ale z klamerką do wieszanie prania na nosie da się wytrzymać jakoś

Z SOKU JABŁKOWEGO
Przetrzeć albo rozdrobnić jabłka, wycisnąć sok. Na 35 l soku dodać 3 kg cukru i 200 g drożdży. Postawić w ciepłym miejscu. Jest gotowy po tygodniu. Otrzymujemy 6 – 71 bimbru.

Komentarz Sramelki: ważne że szybko mamy efekt. Uwaga na muszki owocówki jak się rozmnoży dziadostwo atakuje jak w filmach Cziczkoka. bez litosci i miłosci

Z SYROPU (DOWOLNEGO)
6 l. syropu rozcieńczyć w 30 litrach wody i dodać 200g drożdży. Po tygodniu jest gotowy. Otrzymujemy 7litrów.

Komentarz Sramelki: nie stosować syropu Tusipect ani prawoślazowego – bimberek ma później posmak salicylu, błeee pawie sie puszcza wszelakiej urody

Z DZIKICH GRUSZEK
Zebrać dziczki, wysypać je do drewnianego cebra lub beczki do połowy pojemności. Powinny tu zgnić. Potem zgnieść je drewnianym ubijakiem i pozostawić na 2 – 3 tygodnie. Nie dodawać absolutnie niczego. Otrzymujemy 3 litry.

Komentarz Sramelki: nie dopuścić żeby gruszki zbytnio po zerwaniu się oswoiły.

ZE ŚLIWEK
3 wiadra śliwek zgnieść, powinny fermentować dwa tygodnie. Nie dodawać wody. Otrzymujemy 3 litry. Jeśli dodamy cukier, otrzymamy oczywiście więcej.

Komentarz Sramelki: z długo to trwa, więc po tygodniu można łyżeczką zjeść. faza nawet niezła, ale później niestety kibelek, no coś za coś. jak mawiaja w przyrodzie nic nie ginie

Z GRUSZEK
Do 5I wody dodać 5 wiader zepsutych gruszek (ugotowanych), 2 kg . cukru i 200g drożdży: Pozostawić w ciepłym miejscu na tydzień. Otrzymujemy 8 I bimbru.

Komentarz Sramelki: wiadra można zastąpić miskami, mogą być plastikowe.

Z KROCHMALU
Na 2 wiadra wody dać 10 kg krochmalu i ugotować tak, jak kisiel Potem dodać 500 g drożdży i 1 kg cukru. Odstawić na 3 – 5 dni. Otrzymamy 11 l wódki.

Komentarz Sramelki: praktyczny sposób bo można najpierw pranie w domu zrobić a później krochamal zastrosować w powyższym celu. No i szybkie!

Z CUKIERKÓW
5 kg cukierków (z nadzieniem) rozpuścić w 2 wiadrach cieplej wody. Odstawić na 4 – 5 dni. Otrzymujemy 5 l. wódki.

Komentarz Sramelki: cukierki muszą być nadzieniem – próbowałam ze szklaków i wyszedł sztuczny miód, fuj!

Z CHAŁWY
10 kg chałwy rozpuścić w 15 – 20 I ciepłej wody. Pozostawić na 8 dni otrzymujemy 101 bimbru, ale utrzymuje się zapach oleju słonecznikowego. Żeby go usunąć, można dodać do wódki gałązki mięty.

Komentarz Sramelki: mniem mniem.

Z SUSZU
2 kg suszonych jabłek lub gruszek zagotować w wiadrze wody, dodać 3 kg cukru, 300 g drożdży. Wszystko to szczelnie przykryć pozostawić niewielki otwór. Powinno stać przez tydzień w ciepłym miejscu. Do tego zacieru dodać przed produkcją bimbru wiązkę suszonej macierzanki. Otrzymujemy 3,51 bimbru.

Komentarz Sramelki: po cholere, najpierw suszyć żeby później moczyć, za długie. waluś miał fantazje

BEZ DROŻDŻY I BEZ CUKRU
W tym przepisie drożdże i cukier są zastąpione naparem i słodem.
Napar: w 2 litrach wody zagotować jedną garść świeżego chmielu (suszonego -dwie). Pozostawić chwilę, by wywar naciągnął. Odcedzić. Jeszcze ciepły wymieszać z garścią maki. Odstawić. Po 30 – 40 minutach napar jest gotowy.
Słód: doprowadzić do kiełkowania ziarna żyta, wysuszyć je i zemleć. Do głównego składnika -buraków, ziemniaków, jabłek, gruszek itd. ¬dodać napar i słód, rozcieńczyć wodą do stanu półpłynnego, pozostawić w ciepłym miejscu do „musowania”, przedestylować.
Proporcje: na podaną ilość naparu – 3 kg słodu i 0,5 wiadra (5 – 61) głównego składnika. Otrzymamy 3 litry bimbru.

Komentarz Sramelki: nie próbowałam za czasochłonne.dlateo ponżej szybsze sposoby wausia.

GOTOWY W CIĄGU DOBY
Na 1 kg grochu dać 5 kg cukru, 500 g drożdży i 15l ciepłej wody. Dodać 11 mleka wprost od krowy. Postawić na jedna dobę. Otrzymamy 5 litrów.
komentarz:Wbrew obawom niektórych jest to możliwe, (dotyczy to również n/w przepisów). tylko należy pamiętać o wysokiej i stałej temperaturze zacieru (ok. 40-50 stopni) można to uzyskać za pomocą zwykłych grzałek do akwarium. drożdże giną w temperaturze 60 stopni więc nic im nie będzie.

Komentarz Sramelki: problemem jest krowa. Proponuję zapoznać jakiś miłych wieśniaków z pobliża.

GOTOWY W CIĄGU DOBY (WRUGI SPOSÓB)
5 kg cukru, 25l wrzącej wody, 500 g drożdży, 25 średnich surowych ziemniaków, 3 szklanki mleka, 4 bochenki chleba. Wszystko wymieszać. Przefermentuje w ciągu 24 godzin.

Komentarz Sramelki: chleb musi być świerzy, ja codziennie kupuję 6 bochenków z czego jeden do jedzenia.

…I W CIĄGU DWÓCH GODZIN
10 kg cukru, paczka drożdży, 31 mleka, 3 wiadra wody wlać do pralki. Obracać 2 godziny. Pozwolić, by się ustało. Można przedestylować.

Komentarz Sramelki: w automacie idzie szybciej – uwaga NIE DODAWAC PROSZKU!

tyle na dzisiaj zmeczyłam sie ale jeszcze do was napisze zeby kogoś opluc bo bez tego nie byłoby knucia a bez knucia nie ma dobrego dnia czego i wam życze:):). i piosenka o walusiu na koniec w wykonaniu slicznej jakosci mojego ulubionego zespołu oczywiscie: